Nigdy Nie miałem skłonności przywódczych.

jkbmik/ ARTYŚCI, WYWIADY, WYWIADY MUZYCZNE

Poniższy wywiad niestety nie jest mojego autorstwa jednak gorąco polecam. Okazuje się , że mój kolega Marek Jamroz oprócz fantastycznych zdjęć sprawdza się wyśmienicie w roli piśmiennej.  O tym gdzie na wakcje i czym jest linia basu w zespole opowiada basista zespołu KULT czyli Irek Wereński

Marek Jamroz: Jesteś osobą, która często podróżuje. Gdzie odpoczywasz po pracy i gdzie „ładujesz baterie” po koncertowaniu z Kultem?

Irek Wereński: Mój codzienny wypoczynek po koncertach to raczej niewielkie wypady blisko
domu, dopiero w wakacje mam możliwość żeby wybrać się gdzieś dalej i od kilku lat jest to Grecja.
Urzekł mnie klimat tego kraju. Słońce, wino, to połączenie sprzyja relaksowi.


MJ: Wracasz w to samo miejsce, czy jesteś typem odkrywcy i zmieniasz bazę za każdym razem?


IW: Od sześciu lat odwiedzam jedną miejscowość, której nazwy wolałbym nie zdradzać. Mam tam piękny widok na morze i mały port ale nie siedzę leniwie na plaży, lubię zwiedzać wyspę i szukać ciekawych miejsc.


MJ: Masz w planach odwiedzenie innych miejsc?


IW: Urlopowo mój plan znów jest związany z Grecją. Pomyślałem, że chciałbym wybrać się w miesięczną podróż po wyspach greckich, przemieszczając się promami. Po prostu poskakać tak z miejsca na miejsce, pobyć dzień lub dwa i dalej ruszyć w drogę. Chciałbym też zwiedzić kraje
Ameryki Południowej, polecieć do Australii. Mam nadzieję że jest to równie realne, jak mój planzwiązany z rejsami w Grecji. Moja dewiza jest taka, że każda podróż jest ciekawa sama w sobie. Nie traktuję tego jako udręki,
nawet podróż pociągiem do Kalisza czy do Kielc może owocować nowymi znajomościami, a napewno jest to okazja do obserwacji ludzi i ich zachowań. Oczywiście trasy zagraniczne z Kultem są
doskonałą okazją do zwiedzania. W zeszłym roku byliśmy pierwszy raz na Islandii i było to ciekawe doświadczenie. Często zagraniczne wyjazdy z zespołem inspirują do tego, by późniejodwiedzić jakiś kraj prywatnie, jak to było u mnie ze Szwecją.


MJ: O ile się orientuję, nie jesteś zmotoryzowany, i często korzystasz z transportu publicznego, a nasze Koleje Państwowe potrafią nauczyć cierpliwości.


IW: Myślę, że jest właśnie na odwrót. Ja po prostu jestem cierpliwy i potrafię z pokorą znosić niedogodności. Gdybym miał inny temperament, podróże kończyłyby się inaczej niż z uśmiechem na sam koniec. Ja nie mam problemu, żeby jechać zatłoczonym autobusem, czy wsiąść na rower, nie doskwiera mi brak samochodu i raczej nie chciałbym teraz zmieniać swojego stylu życia. A jeśli chodzi o PKP i pociągi w ogóle, to podróżuje się dziś nimi dwa razy dłużej, niż dziesięć lat temu, jest sporo remontów.


MJ: Jesteś z urodzenia warszawiakiem, ale osiadłeś w Zielonej Górze, jaka historia za tym stoi?


IW: Owszem urodziłem się w Warszawie, ale jakiś czas mieszkałem też w Krakowie. Raczej nie mam problemu ze zmianą miejsca zamieszkania. Zielona Góra ma kilka atutów. Przede wszystkim nie jest wielkim miastem, co bardzo ułatwia życie, wokół jest sporo zieleni, lasów, jezior. Jest pozbawiona zgiełku metropolii a z drugiej strony nie odczuwam małomiasteczkowości. Zawsze gdy wracam do Warszawy czuję presję, bo tam jest wszędzie daleko, a zazwyczaj jest mało czasu i trzeba działać w pośpiechu. Na szczęście mam tam rodzinę i mam się gdzie zatrzymać.

 


MJ: Zaczęliśmy naszą rozmowę od dość przyjemnego tematu podróży, pora porozmawiać o pracy.


IW: No trudno (śmiech)


MJ: Przeczytałem kiedyś w jednym z artykułów o Kulcie, że pewne są trzy rzeczy: śmierć, podatki i Pomarańczowa Trasa Kultu. Czy na myśl o jesiennych koncertach mówisz „no nareszcie” czy „o nie, znowu Pomarańczowa”?


IW: Jak to powiedział jeden Irlandczyk, mąż mojej koleżanki z Dublina: to jest jak Christmas, onisą co roku. Ja już się jakoś specjalnie nie nastawiam, jest to stały element kalendarza i już. Na
pewno wielkim pozytywem jesiennej trasy jest to, że koncerty są dobrze zaplanowane od strony logistycznej, i nie trzeba skakać z jednego końca Polski na drugi. Poza tym mnie się gra lepiej gdy jest kilka występów dzień za dniem, łatwiej się można skoncentrować. Jest to swego rodzaju święto dla naszych słuchaczy, a tym samym dla nas bo są to koncerty nasze i tam nie ma przypadkowej publiczności.


MJ: Wasi fani są bardzo oddaną widownią, zaryzykowałbym nawet porównanie ich do kibiców drużyny piłkarskiej, oczywiście nie mam na myśli chuliganów stadionowych.


IW: Co bardziej złośliwi twierdzą, że nie mamy fanów tylko fanatyków ale mamy rzeczywiście oddaną publiczność. Są na przykład KULT-turyści, czyli osoby które jeżdzą na kilka naszych występów pod rząd, podróżując po całym kraju, a nawet za granicę. Na koncert w Zielonej Górze, w klubie Kawon przyjechali ludzie z Rzeszowa, spod Krakowa, bilety szybko się rozeszły i sam uprosiłem menadżera klubu, żeby odstąpił mi kilka dodatkowych wejśćiówek. Zgodził się właśnie ze względu na poświęcenie tych osób, które chciały przemierzyć pół Polski, żeby posłuchać Kultu akurat w Zielonej Górze, bo jeszcze nie mieli takowego w swoim rozkładzie jazdy.


MJ: Wasze koncerty trwają czasem trzy godziny bez przerwy. Jak dajesz radę kondycyjnie?


IW: Sam się czasem nad tym zastanawiam, bo z wiekiem jest to coraz trudniejsze. Nigdy nie byłem biegaczem scenicznym, i gram sobie stacjonarnie. Jakoś staram się tak rozłożyć siły jakbym biegł maraton. Palce też staram się oszczędzać i jakoś tak po kolei je eksploatuję. Nie można się wypalić w kilku pierwszych kawałkach, bo później można nie dojechać do mety. Poza tym moje partie basowe są dość spokojne, więc nie mogę narzekać. Nasz perkusista Tomek Goehs na pewno ma trudniejsze zadanie, bo te trzy godziny pracuje siłowo. Myślę jednak, że adrenalina i emocja koncertowa pomaga nam wszystkim, żeby przez ten czas dać sobie radę ze zmęczeniem. Jak widać nie jesteśmy już nastolatkami.


MJ: Wiele zespołów, które zaczynały razem z wami, nie dotrwało do dziś.


IW: Zeszły rok kiedy T Love zawiesił działalność był dla mnie pod tym względem dość refleksyjny. Podobnie jak HEY, który jest młodszym zespołem niż Kult. Przychodzą takiem myśli czym sobie zasłużyliśmy, że publiczność wciąż na nas czeka, ale i pytania, jak długo to jeszcze będzie trwało? Los potrafi płatać figle, czy to dziesiątkując armię, czy powodując odpływ słuchaczy.


MJ: To chyba takie pytanie tabu, które samo przychodzi na myśl, ale ani wy ani wasi fani nie chcecie go głośno wypowiedzieć?


IW: Odpowiedzi nie znamy, ale trzeba mieć świadomość tego, że ani ludzie ani kapele nie są wieczne.


MJ: Proponuję włozyć zdjęcie Rolling Stonesów do portfela i oglądać je za każdym razem, gdy najdą cię takie refleksje.


IW: No tak, załatwiłeś sprawę (śmiech)


MJ: Rola basisty w zespole bywa niewdzięczna, uwaga publiczności skupiona jest zwykle na wokaliście, na gitarzystach. Nie odczuwasz czegoś takiego jak granie w cieniu pierwszego szeregu?


IW: Nigdy nie miałem skłonności przywódczych, czy zapędów do znaczącego ingerowania w zespół i nie jest dla mnie kłopotem, by być żołnierzem drugiej, czy trzeciej linii. Zapewniam cię, że gdy w zespole jest zbyt wielu liderów, to taka sytuacja jest trudna do okiełznania. Zespół musi mieć swoją hierarchię i oprócz tych najbardziej widocznych, muszą być też ci, którzy pracują w tle.


MJ: Gitara basowa jest takim instrumentem, który zauważa się chyba dopiero wtedy, gdy przestaje grać?


IW: Owszem. Zdarzyło mi się ze dwa razy tak, że nie mogłem dotrzeć na próbę i zespół sobie wtedy tę próbę odpuścił, bo nie było basu. W Kulcie bas nie jest instrumentem solowym ani wiądącym, ale najwyraźniej go wtedy zabrakło.


MJ: Nię bądź taki skromny. Jest jedna piosenka, którą twoje akordy otwierają, mówię oczywiście o „Polsce”. Pod sceną zaczyna się wtedy niezły wir.


IW: Skłamałbym, gdybym powiedział, że ten moment nie jest przyjemny czy emocjonujący. Przez te trzydzieści parę lat zdarzyło nam się kilka razy nie zagrać tego utworu, i zawsze wtedy była wielka obraza ze strony publiczności.


Mj: Wcale się nie dziwię, to nieoficjalny hymn Kultu.


IW: Chyba tak, żadna piosenka nie była grana tak często, oprócz może Arahii.


MJ: Pamiętasz pierwszy koncert w Londynie w 2003 roku?


IW: Pamiętam, może nie tyle koncert, ale sam wyjazd mi się przypomina. Było to spore przeżycie, bo Londyn był kolebką muzyki, która dla mnie, dla Kazika i całego zespołu, była swego czasu bardzo istotna. Nazwy ulic, klubów coś nam przypominały i nagle mogliśmy je zobaczyć na własne oczy. Były to inne czasy, przyjechaliśmy kilka dni przed koncertem i zostaliśmy parę kolejnych po, zatem mieliśmy okazję zobaczyć wiele miejsc. Zagraliśmy wtedy w klubie Astoria, i czuliśmy wielką niepewność co do odbioru naszego występu. Publiczność okazała się jednak maksymalnie
żywiołowa. Oraganizator bardzo odważnie zdecydował się na sporą salę i nasz koncert okazał się udaną imprezą. Byliśmy wtedy chyba pierwszym zespołem z Polski, grającym na taką skalę. Dziś raczej trudno powtórzyć ten wyczyn, bo nasycenie muzyką z Polski jest spore.


MJ: Lubisz wracać do Londynu?


IW: Bardzo lubię, odwiedziliśmy z Kultem sporo miejsc, ale do Londynu wracamy z przyjemnością, podoba mi się o wiele bardziej niż w Nowym Jorku. No i londyńska publika wciąż zachowałą tę żywiołowość jak wtedy, gdy graliśmy dla niej po raz pierwszy.


MJ: Wróćmy znów na chwilę do Polski a konkretnie do waszego występu w Kostrzynie na festiwalu PolandRock. Miałem przyjemność być w tym ogromnym tłumie ale ciekawi mnie jak to wyglądało z twojej strony?


IW: Ja starałem się nie myśleć o tym, że jest tam tyle osób, które uwalniają z siebie mnóstwo  energii, zazwyczaj dobrej, choć na takim festiwalu różnie to może być. Z początku więc nie patrzyłem w daleką przestrzeń, żeby nie dostać jakiegoś porażenia tremą. Miałem świadomość tego, że dla nas wszystkich w zespole to bardzo ważna chwila. Kiedy w końcu odważyłem się spojrzeć w stronę publiczności to zobaczyłem coś czego nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej zaobserwować. Tłum po horyzont, który podskakiwał, tańczył i machał rękami w takt naszej muzyki. Zwykle jest tak że połowa naszej publiczności bawi się aktywnie a reszta osób słucha w skupieniu. W Kostrzynie, dokąd sięgałem wzrokiem falowały głowy, niesamowite przeżycie, takie które pozostaje w pamięci.


MJ: Na pewno dobre remedium na porażenie tremowe.


IW: Jeśli chodzi o tremę to sporo stresu przysporzyło nam też nagrywanie koncertu MTV Unplugged. Inne instrumenty, repertuar i świadomość tego, że oprócz zapisu dźwięku będzie też rejestracja obrazu na koncertowe DVD. Stres przed możliwością popełnienia pomyłki był ogromny, ale jakoś opanowaliśmy to po kilku piosenkach.


MJ: Jak to się stało, że zacząłeś grać na basie? Gdy zaczynałeś muzykować to chyba o wiele łątwiej było zdobyć zwykłą gitarę.


IW: Było to trochę przypadkowe. Pewien zespół muzyczny się rozwiązywał i można było z demobilu nabyć ich instrumenty. Dziadek załatwił mi wtedy gitarę marki Lotos w kolorze czerwonym. Okazało się że zostałem wtedy jedynym posiadzaczem gitary basowej w okolicy i siłą rzeczy zaczałem obsadzać pozycję basisty w kapelach podwórkowych.


MJ: Nie takich znów podwórkowych, wraz z Tomkiem Lipińskim i Robertem Brylewskim grałeś w Brygadzie Kryzys.


IW: To też było raczej zasługą tego, że byłem posiadaczem instrumentu. A z Brygadą Kryzys nagrywaliśmy w bardzo trudnym czasie, w stanie wojennym. Piosenki które są na Czarnym Albumie nie są wesołą nutką, było czarno.


MJ: Czy wyobrażałeś sobie w tym czasie i później gdy zaczałeś grać w Kulcie, jak to będzie za 10, 20, 30 lat?


IW: Jeżeli chodzi o muzykę, to nie myślałęm, że to będzie moja codzienność, że będą koncerty na dużych scenach, nie mówiąc już o trasach zagranicznych. Traktowałem to granie jako przygodę młodego wieku, którą trzeba wykorzystać. Nie podejrzewałbym że będzie to trwało dziesiątki lat i
choć było to moim marzeniem, to raczej jednym z tych, którego realizacji się nie spodziewałem.


MJ: Czym się wtedy zajamowałeś zeby dopiąć domowy budżet, bo z Kultu wtedy żaden z was się nie utrzymywał.


IW: Oczywiście że nie. Pracowałem jako zaopatrzeniowiec w szkolnej stołówce, byłem doręczycielem telegramów, wykonywałem przeróżne zajęcia dorywcze. Starałem się zawsze znaleźć pracę, która zapewniałą mi elastyczność, żeby móc to pogodzić z próbami i koncertami Kultu. W czasach PRLu nie mogliśmy zarabiać tyle co dyplomowani muzycy, było to związane z weryfikacją artystyczną, którą przeprowadzała jakaś komisja państwowa i ustalała stawki. Były na to sposoby. Czasem kierownik domu kultury wpisywał nam podwójne koncerty, czasem wynajmowało się muzyka z licencją jako lidera zespołu. Były to takie dziwne kombinacje, które chyba bardziej szkodziły niż pomagały temu wszystkiemu.


MJ: Czy poza Kultem udzielasz się jeszcze w innym zespole? Wiem że jakiś czas grałeś w zielonogórskiej formacji o nazwie Jakoś To Będzie.


IW: Nazwałbym to historią, bo zespół zawiesił działalność. Przez mój intensywny grafik trochę zaniedbałem kolegów, którzy odnowili swój wcześniejszy skład i grają obecnie pod nazwą Jugosławia. Udział w projekcie Jakoś To Będzie dawał mi sporo frajdy, bo graliśmy głównie covery kapel punkrockowych w któych kiedyś się udzielałem. Byliśmy zespołem bez wielkich oczekiwań ale samowystarczalnym. Przyjemnie nam się współpracowało i niewykluczone, że znów się zbierzemy.


MJ: Czy śledzisz co nowego dzieje się w polskiej muzyce?


IW: Ostatnio nawet się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że wolę słuchać utworów z mojej młodości. To chyba przypadłość wiekowa, że muzyka tworzona obecnie nie niesie dla mnie takich samych emocji, jak ta którą odbierałem będąc młodym człowiekiem. Koleguję się z chłopakami z Lao Che, których lubię i cenie, ale poza tym nie będę udawał, że mam na ten temat jakieś głębsze przemyślenia. Zamiast słuchać tego co oferują stacje radiowe wolę puścić sobie jakąś starą płytkę i przypomnieć sobie fajne czasy.


MJ: Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia 19 października w Londynie.


IW: Do zobaczenia.

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subscribe  
Powiadom o